Degustacja: Lagavulin 1993 Distillers Edition
Marcin Górecki"Lagavulin is always a good choice" - tak powiedział pewien miłośnik whisky, który stał obok mnie gdy zawahałem się w sklepie w Edynburgu sięgając po butelkę z powyższego zdjęcia.
Mam przyjemność opisać prawdziwą whisky przez duże W : Lagavulin 1993 Distillers Edition. Butelkowana w 2009 roku, a więc po 16 latach (na rynku jest także wersja butelkowana w 2010, a więc 17letnia). Dojrzewająca w beczkach po bourbonie i sherry z winorośli Pedro Ximenez, producent zapewnia, że whisky zyskuje dzięki temu specyficzną słodycz. Przyjemna herbaciana barwa.
Zapach: Złożony i przyjemny. Z dala delikatna woń suszonych owoców, mocny dym, zapach lekarstw i pieprz ziołowy. W miarę zbliżania się do kieliszka wyczuwamy orzechy, a potem jod - zapach morza, który staje się bardzo wyraźny - wręcz słony, po dodaniu wody. Wtedy zaczyna być wyczuwany także karmel. Wszystko to na tle sherry.
Smak: Słodko-gorzki, antyseptyczny, dymny, orzechowy. Faktura średnio gładka.
Finisz: Długi, gorzki, torfowy i słodowo-owocowy.
Odpowiedziałem wtedy człowiekowi ze sklepu: "Indeed" i poszedłem szybko do kasy.
ps. Wielkie podziękowania dla mojej żony, która jest bezpośrednim sponsorem tego wpisu
Destylarnia z bliska: Talisker
Marcin GóreckiO ile większość destylarni szkockich whisky mieści się w skupiskach takich jak Islay czy Dufftown, Talisker Distillery leżąca na wyspie Skye to jedyny zakład w promieniu około 100 km. Aby tam dotrzeć drogą lądową trzeba przedrzeć się przez zachodnie wybrzeże Szkocji, a potem przez naprawdę odludne rejony Highlands, aby dotrzeć do mostu na Skye. Przy okazji można jednak zobaczyć sporo ciekawych miejsc, m.in. warto odwiedzić zamek Eilean Donan czy monument i wiadukt w Glenfinnan.
Następnie wąska, jednopasmową drogą, mijając urokliwe zatoczki wyspy i pasmo gór Cullins dotarliśmy do miejscowości Carbostmore, gdzie znajduje się destylarnia. Ciekawostką są pastwiska przez które prowadzi droga i stawiane na ich granicach Cattle Grids. Są to kratownice po których nie są w stanie przejść zwierzęta
(bo w otwory wpadają im łapki), natomiast samochód przejeżdża bez problemu.
Myśląc o odwiedzinach Talisker wyobrażaliśmy sobie małą, zaściankową destylarnię z zerowym ruchem turystycznym (w końcu to prawie koniec świata) i z cieszącym się, że wreszcie ktoś przyjechał, sympatycznym przewodnikiem. To co zastaliśmy, różniło się diametralnie od naszych wyobrażeń.
Był koniec maja, zwiedzających mnóstwo. Nie starczyło już dla nas biletów dnia którego dotarliśmy, więc musieliśmy kupić bilety na dzień następny.
Zwiedzanie zaczęło się niestandardowo, bo od degustacji (dobra opcja dla kierowców, bo zwiedzanie trwa około godziny, więc jest kiedy "wytupać" alkohol). Serwowana jest wersja podstawowa Talisker 10yo, niestety ze szklanek typu tumbler. Zwyczajowo dostaje się na degustacji glencairny (a w Bowmore dostaliśmy nawet kieliszki Copita). Barman tłumaczył to faktem, że glencairny im za bardzo ginęły
.
Właściwe zwiedzanie odbyło się "na szybko", bo goniła nas następna grupa.
Destylarnia kupuje gotowy słód, tak jak inne destylarnie należące do koncernu Diageo, w Glen Ord Maltings.
Nie ma więc infrastruktury do słodowania (swoją drogą dziwne, że Diageo opłaca się dowozić słód z drugiego wybrzeża Szkocji). Odwiedziliśmy kolejno sieczkarnię, pomieszczenia kadzi zaciernych i fermentacyjnych, still room i magazyn (w formie wąskiego korytarza z dużą szybą). W dużej, zróżnicowanej w wiedzy grupie oczywiście nie było czasu na zadawanie szczegółowych pytań, więc byliśmy zdani na garść informacji, którą standardowo częstował turystów pan przewodnik.
Jednak na końcu, w sklepie, przewodnik poczęstował, jakby na pocieszenie, perełką - Talisker 18yo. Zdaje się, że nagroda Best Single Malt Whisky in the World w 2007 roku dla tej właśnie edycji była w pełni zasłużona. Nie mamy niestety notatek z tastingu, ale jeśli dodatkowe 8 lat dojrzewania daje wersji 10 letniej taką jakość, to zdecydowanie nie powinno się butelkować Talisker 10yo.
Scotch Whisky Experience
Marcin GóreckiDo Edynburga z dużych miast Polski można dostać się już szybciej i taniej niż do stolicy. Pośród wielu atrakcji otaczających edynburski zamek jest miejsce, którego każdego fana whisky na pewno zainteresuje szczególnie. Niewielkie, przeszklone drzwi prowadzą do kamienicy, w której mieści się wystawa Scotch Whisky Experience. Czy warto wydać 10 funtów na wizytę?
Scotch Whisky Experience to miejsce dość... rodzinne! Całość wiedzy wyłożona jest w sposób zabawny i przystępny. Wizyta zaczyna się od powolnej przejażdżki "beczką" - wagonikiem przez proces tworzenia whisky.
Historię opowiada nam sympatyczna i trochę stuknięta postać ducha blendera. Gada nawet po Polsku! Swoją drogą akcentów polskich jest kilka, np. błąd ortograficzny w polskim toaście (to są dwa słowa, prawda?
).
Nie pamiętam dokładnie poszczególnych lokacji, ale najzabawniej było w drożdżach
. Ciekawostką jest to, że podczas wycieczki emitowane są zapachy i np. zapach suszonego dymem torfowym jęczmienia jest łudząco podobny do oryginału.
Kolejnym etapem jest warsztat/panel z prezentacją, pozwalający zapoznać się z nutami zapachowymi charakterystycznymi dla poszczególnych regionów Szkocji. Jest to spore uproszczenie, ale należy pamiętać, że wystawa jest dostępna dla każdego. Następnie każdy dostaje szklankę Glencairn (można zabrać je ze sobą!) i kto ukończył 18 lat może dostać symboliczny "naparstek" whisky z regionu który mu najbardziej przypasował zapachowo. Reprezentantem Islay jest Laphroaig, Speyside przedstawia Glenfarclas, z Highlands można wziąć Glenmorangie. Jest jeszcze Glenkinchie z Lowlands i coś z Campbelltown.
Degustacja następuje w kolejnym pomieszczeniu, które zawiera największą kolekcję whisky na świecie. To naprawdę magiczne miejsce i wycieczka przez historię - polecam obejrzeć stare etykiety znanych marek. Zresztą ponad 3500 butelek musi robić wrażenie!
Następnie przechodzimy do miejsca gdzie wycieczka się kończy - to doskonale zaopatrzony whisky bar z wcale niezłymi cenami. Bar jest doskonale zorganizowany - mimo dość sterylnego wystroju ma wygodne loże dla spożywających i zawiera sporo zajmujących atrakcji dla najmłodszych(!) (tak aby "tata" i "mama" mogli spokojnie raczyć się jeszcze jedną szklaneczką).
Wizyta w Scotch Whisky Experience z pewnością nie zastąpi wizyty w destylarni i dla osób będących głębiej w temacie może wydawać się laicka. Ale to bardzo fajne miejsce, żeby pójść z kimś kto niekoniecznie jest maniakiem whisky.
"Profesjonalistom" polecam udać się bezpośrednio do baru - wstęp darmowy, a można wybierać z naprawdę szerokiego wachlarza roczników. Można też wziąć udział w profesjonalnej degustacji, lub wykupić droższą wycieczkę z bonusami.
Dla zainteresowanych - oto link do strony: Scotch Whisky Experience
Hint: karty EURO<26 działają jak zniżki studenckie
ps. Jeśli czyta to pan redaktor z http://www.edinburghwhiskyblog.com to może dorzuci Pan parę słów od siebie
? Zawsze dobrze mieć garść wskazówek z pierwszej ręki...
Skąd pochodzi barwa whisky
Marcin GóreckiO tym skąd pochodzi barwa Uisge beatha różni ludzie różnie piszą... I zazwyczaj się mylą, bo prawda jest jedna i zupełnie nieróżnorodna. Przeglądając zasoby polskiego internetu można znaleźć różne herezje na temat koloru whisky. Weźmy np. taki fragment wypowiedzi:
"(...) wiadomo, że podczas produkcji a ściślej mówiac juz podczas przygotowania słodu, destylarnia susząc go użyła wiecej torfu, co nadalo mu barwe (...)"
Na podobne objaśnienia zdarzyło mi się trafiać dość często, toteż postanowiłem się do tego tematu odnieść i obalić kilka mitów.
Barwa nie zależy od torfowości
Aby zrozumieć zagadnienie, trzeba spojrzeć pokrótce na fragment procesu produkcyjnego. Zesłodowane ziarno jęczmienia suszy się albo ciepłym powietrzem (metoda nowoczesna), albo w dymie torfowym (metoda tradycyjna). Następnie to ziarno mieli się, aby łatwiej było wypłukać cukier. Do wody z wypłukanym cukrem dodaje się drożdży i ten płyn już może fermentować. Gdy płyn osiągnie pewne stężenie alkoholu, trafia do destylacji w alembikach dwa lub trzy razy.
MV Finlaggan w Gdańsku
Marcin GóreckiTym razem tylko pośrednio o whisky. Dnia 30 czerwca zwodowany został w Gdańsku, w Stoczni Północnej, kadłub promu o znamienitej nazwie Finlaggan. Zbudowany został oczywiście dla Caledonian MacBrayne . Na szkocko-wyspiarskich forach widać nie mało entuzjazmu.
Byliśmy niecałe 40 metrów od całego wydarzenia. Wodowanie poprzedziła krótka uroczystość nadania imienia, uświetniona muzyką graną przez szkocki zespół. Wygłaszane w dwóch językach przemówienia na tle polskich i szkockich flag stworzyły podniosłą atmosferę. Następnie rozbito o burtę butelkę Finlaggan Single Malt (miałem mieszane uczucia) i wielki, siedmiopokładowy kadłub z potężnym hukiem zsunął się do wody.
Imię promu to wygrana plebiscytu przeprowadzonego wśród mieszkańców szkockich wysp. Będzie obsługiwał połączenie mainlands z wyspą Islay. Jednostka może zabrać 550 pasażerów i 85 samochodów osobowych. Posiadać będzie 7 pokładów. Ukończenie prac zaplanowane jest na wiosnę 2011, więc zobaczcie na czym będziecie pływać do Bowmore, Lagavulin, Ardbeg, Bunnahabhain i reszty destylarni. Ciekawe jaką whisky armatorzy uczcili ten dzień
Jak pić whisky i czy z colą
Marcin Górecki
Szukając w internecie pewnej publikacji, pokusiłem się o wpisanie w Google frazy najbardziej oczywistej: "Jak pić whisky". W odpowiedzi wyskoczyło 12 mln wyników, z których wybrałem sobie pierwsze 10 i pobieżnie przejrzałem. Moją uwagę przykuł wątek na jakimś forum, gdzie jedna osoba zapytała jak ma pić otrzymanego w prezencie blenda Ballnatines Finest, a gros "ekspertów" rozpoczął ognistą debatę nad tym, jak to piją "zawodowcy", że lodu absolutnie nie, że broń boże z colą czy spritem, że wyłącznie z dodatkiem wody, a w ogóle to jak pytająca osoba nie umie, to niech sobie da spokój, bo będzie profanacja. Oczywiście profanacją będzie też zastosowanie nieprofesjonalnego szkła typu tumbler
.
Dzień dziecka
Marcin GóreckiAlkohol to nie jest rzecz dla dzieci. Dziś nie piszemy więc o whisky. Dziś wyglądamy zupełnie jak pan na pobrazku poniżej:

Obrazek autorstwa Boba Dewara, znaleziony w Scottish Field, nr12 2006
Ardbeg – bliskie spotkania
Marcin Górecki
Destylarnia Ardbeg to dla mnie indywiduum. Zapewne ze względu na dość burzliwą historię najnowszą (m.in. zamknięcie w latach 1981-89, ograniczanie załogi i produkcji przed i po okresem zamknięcia) musieli pójść w trochę inną stronę niż większość marek, które jako produkty ekskluzywne i niecodzienne proponują długo starzone, dojrzałe destylaty.
Ardbeg prawdopodobnie tak nie może, bo ich nie ma (lub ma mało). Pojawia się w sprzedaży jedynie wersja 25letnia, a w 2006 roku wydano krótką serię 261 butelek destylatu z 1965 i to chyba tyle, jeśli chodzi o starsze roczniki.
Ale to nic - po 1997 roku i przejęciu przez koncern Glenmorangie, destylarnia wraca na rynek się wielkim stylu! Trzonem jest świetna, wielokrotnie nagradzana, wersja 10letnia - usmolona, torfowa i dymna, a jednocześnie owocowa i doskonale zbalansowana. Z drugiej strony Ardbeg uracza nas awangardowymi mieszankami różnych beczek jak Rollercaster, Blasda, Uigeadail, Still Young, Corryvreckan czy Supernova. A każda z nich - no age
Zawsze byłem ciekaw jak im to wyszło, a znając tylko wersję 10letnią, spodziewałem się podobnych smolno-torfowych maltów. No i w końcu miałem niewątpliwą przyjemność spróbować wersji Blasda i Uigeadail:
Ardbeg Uigeadail: czapki z głów!
Uigedail to niebanalna mieszanka maltów dojrzewających w beczkach po sherry i piewrszy oraz drugi raz używanych beczek po bourbonie. Podobnie jak wersja 10letnia nie jest filtrowany na zimno. To bardzo złożony i dostojny vatting o wysokiej zawartości alkoholu - 54.2%. Szybko pozwala on zmienić błędny pogląd, że bogactwo aromatów pochodzi tylko z długiego czasu leżakowania.
Zapach: Na tle torfu wyczuwalne są delikatniejsze zapachy: kwiaty, herbatniki, miód i wanilia. Z bliska ostrzejsze nuty gorzkiej czekolady i jodu.
Smak: Bardzo gładka na języku. Migdały, miód, po chwili dymna i słonawa.
Finisz: Złożony w smaku, posmak podobny do tego po sherry złączony z posmakiem miodu.
Blasda znaczy sweet and delicious
Tutaj mamy do czynienia z trunkiem zupełnie odbiegającym od stylu destylarni. Wydana w 2008 roku, trzykrotnie słabiej torfowana od wersji Ardbeg 10yo, Blasda zachwyca delikatnością i wykwintnością. Gorzelnicy odsłaniają tutaj mnogość smaków i zapachów, które poza dymem oferuje Islay.
Zapach: Miód lipowy, herbatniki, wanilia
Smak: Delikatna, oleista faktura. Złożony i bogaty bukiet: miód i herbatniki, wanilia, suszone owoce, bardzo delikatnie słodowo - torfowa
Finisz: Oleisty słodki, wyczuwalna wanilia i cynamon
Byliśmy zachwyceni. Te dwie małe szklanki wprowadziły nasz wykwalifikowany zespół testujący w stan euforycznego zadowolenia. Uigeadail utwierdza w przekonaniu, że Islay to właśnie to, ale delikatna Blasda pokazuje za chwilę, żeby nie wpadać w "dymną pułapkę".
Gdybym miał zrobić ranking najlepszych whisky, jakie piłem, te dwie byłyby z pewnością w pierwszej piątce. Nie jestem jednak pewien co do kolejności...
Opisywane wersje są dość drogie jak na no-age, zapewniam jednak, że to byłoby dobrze wydane 50 funtów. Z wielką niecierpliwością i czekam degustacje innych Ardbegów, poprzeczka podniesiona jest jednak bardzo wysoko
Ten post napisany od razu po degustacji byłby z pewnością bardziej przeegzaltowany, więc z jego napisaniem wstrzymywałem się prawie miesiąc. Chyba wciąż nie udaje mi się tego opanować
Degustacja: Dalmore 12yo
Marcin Makowski
Na szlaku whisky destylarnia w Dalmore nie była może najciekawszym z odwiedzonych przez nas miejsc, jednakże tym Higlandowym trunkiem zainteresowałem się znacznie wcześniej zaciekawiony mieszanką powstałą w połowie z alkoholu leżakowanego w beczkach po burbonie, w drugiej zaś części z beczek po Sherry. Zanim przejdę do właściwego tastingu chciałbym szczególnie zwrócić waszą uwagę na przepiękne zdobione, czarne kartonowe pudełko oraz równie ładną załączoną do niego książeczkę. W kwestii wyglądu, jest to whisky prezentująca się na prawdę godnie na naszej półce. Warto także zapoznać się z opisaną historią klanu Mackenzie, która tylko wzmaga poprzednie wrażenie.
Zapach:
Słodki i cytrusowy, a jednocześnie ostry. W tle delikatnie zarysowujący się pomarańcz oraz ledwie wyczuwalny torf, którego w tej destylarni używa się tylko częściowo przy suszeniu jęczmienia, reszta zaś tego procesu korzysta z węgla.Smak:
Niezwykle bogata, oleista i ostra mieszanka. Marmolada wydaje się rysować najmocniej, nieco głębiej wanilia i biszkopt. Sherry wyjątkowo na uboczu.Finisz:
Słodki, delikatny i raczej krótki. Ponownie wyczuwamy owoce cytrusowe, a także imbir.
Podsumowując jest to whisky wyjątkowo bogata, wymagająca pewnego skupienia, a także nastroju. Jej ostrość w pomieszaniu ze słodyczą jest dla mnie równie niewyważona jak przytłaczający miodny finisz w Glenmorangie 10yo. Z tego też powodu na co dzień przekładam nad nią AnCnoc 12yo z tego samego regionu, czy też opisywaną wcześniej Caol Ila 12yo. Nie znaczy to jednak, że zakup Dalmore 12yo jest złym pomysłem, gdyż swojej wartości nabiera właśnie wtedy, kiedy mamy ochotę na coś niezwykle wykwintnego. Osobiście jednak polecałbym 15-letnią wersję tej whisky, która jest nieco bardziej łagodna, będąc jednocześnie równie bogatą.
Degustacja: Ben Nevis 10yo
Marcin GóreckiHa! Destylarnię Ben Nevis omijałem za każdym razem szerokim łukiem - toż to ci, którzy nie częstują po tourze swoim singlemaltem, a blendem! To ci, którzy mają takie dziwne, brzydkie alembiki! To także Ci, do których przychodzą tylko zagubieni turyści z deptaku w Fort William! Tam nie może być dobrej whisky!
Mijając ją kolejny raz przedwczoraj postanowiłem spróbować ich wyrobów - tak dla świętego spokoju i potwierdzenia moich nieomylnych (a jakże) osądów. Tego samego dnia, w pięknych okolicznościach zachodu słońca na łączce w Callander, zawartość 50ml buteleczki "Ben Nevis Single Malt 10yo" trafiła do mojego podróżnego glencairna.










